czwartek, 31 grudnia 2015

Życzenia noworoczne

Cześć wszystkim!

Niestety nie zdążyłam napisać ostatniego opowiadania w tym roku. Miałam to zrobić do teraz, ale musiałam się przygotować na imprezę i pół dnia poszło w pi..du. Przepraszam :(
Dobra nie rozpisuję się, bo nic sylwestrowa będzie ciężka i muszę się wyspać. Opowiadanie nie pojawi się także z pewnością 1-ego, bo będę odpoczywać. Nie, nie będę leczyć kaca :D Chociaż sporo wypije wódeczki :D Niedługo wrócę z nowym opowiadaniem. Do zobaczenia w nowym roku ;D.
Pozdrawiam :3

piątek, 25 grudnia 2015

1. Seria 22. Rozdział

Rozdział 22.  Wigilia Bożego Narodzenia

Po jakimś czasie wpadła Dominika z Anią. Zaparzyłam im po herbacie. Zadawałam im pytania na różne tematy, m.in. o szkołę, żeby odwrócić ich uwagę od nieobecności ich braciszka przyrodniego. Nie chciałam im sama mówić o porwaniu Młodego. Niedługo później zjawił się Mikołaj.
- Hej, dziewczyny - przywitał się z nami, ledwie przekraczając prób i zamykając drzwi.
- Cześć tato - odpowiedziały jednocześnie dziewczynki i rzuciły mu się na szyję w przedpokoju.
- Cześć Skarbie - przywitałam się z moim mężczyzną i dałam mu buziaka w policzek.
- Dziewczyny, musimy pogadać. - oznajmiłam i pokazałam gestem ręki żeby wróciły do salonu.
- Nie powiedziałaś im? - zapytał mnie ściszonym głosem.
- Nie - wyszeptałam. - Chodź.
- To o czym chcecie pogadać? - zapytała Dominisia.
- Chodzi o Leosia. - odpowiedział, a mi zeszkliły się oczy.
- Przepraszam - rzekłam i powiedziałam ciszej - sam im powiedz, muszę do łazienki.
- Co się stało? - zapytała młodsza.
- Nasz synek został porwany kilka dni temu.
- Co? Ale... - urwała 17-latka, a Ania otworzyła ze zdziwienia usta, a po chwili leciały jej łzy.
- Ale on się znajdzie, prawda Tato? - zadała pytanie chlipiąc.
- Na pewno szkrabie. - zapewnił obie córki i poszedł zobaczyć w jakim stanie jestem. Po kilku minutach wróciliśmy razem do pokoju dziennego.
Dziewczyny zaoferowały się do udekorowania choinki, a nam kazali usiąść. Wieczorem Mikołaj odwiózł je do domu. Po powrocie zjedliśmy z Białachem kolację, wzięliśmy kąpiel i poszliśmy wykończeni spać.

Dwa dni później... Wigilia...

Wstaliśmy rano, zjedliśmy śniadanie. Ubraliśmy się i pojechaliśmy do ojca na 12-tą, ponieważ uparł się, że nie możemy siedzieć sami w domu i się zamartwiać. W drodze do jego mieszkania dowiedziałam się, że Mikołaj kupił jakiś prezent komendantowi. Stół był ładnie nakryty, potrawy ładnie wyglądały, choć ich ilość była skromna. Była kawa, herbata, Coca Cola, sok, chleb, masło, bigos, pasta jajeczna, pasta jajeczna z tuńczykiem oraz wędliny. Z uprzejmości coś tam spróbowałam, ale apetytu ani ochoty nie miałam. Później na stole pojawił się bigos, pierogi, ryba po grecku, łazanki, a następnie ciasta, szarlotka, makowiec, sernik. Koło godziny 19-ej, gdy akurat sięgałam po kawałek jabłecznika, zadzwonił telefon Białach. Spojrzał na wyświetlacz i wyszedł do przedpokoju, żeby porozmawiać. 
- Olka, zbieraj się. - powiedział energicznie
- Gdzie? - zapytałam.
- Dawaj, dawaj - pośpieszał mnie - nie mamy czasu.
- Czasu na co? - wtrącił się tato.
- Musimy jechać.
- Ale gdzie? - zadałam po raz drugi to samo pytanie, zakładając buty.
- Zatrzymali Grudę.
- Na prawdę? - upewniłam się narzucając na siebie bluzę i łapiąc w pośpiechu torebkę. - Pa, tato.
- Do widzenia - dodał Białach.
- Cześć, zadzwońcie jak będziecie na miejscu - poinstruował nas ojciec, a my pobiegliśmy do auta.
Odzyskanie naszego synka - nic innego się w tamtej chwili nie liczyło. Żeby szybko dojechać. Mikołaj jechał dojść szybko, łamiąc czasem przepisy, ale nie zagrażał bezpieczeństwu na drodze. W głowie miałam tylko to, że go odnaleźli, że już niedługo będzie z nami w domu. Straszliwie dłużył mi się czas, każda minuta była dla mnie jak godzina, dojazd zajął nam 27 minut, ale dla mnie były to wieki. Gdy dotarliśmy na miejsce, podbiegliśmy do Moniki i Krzyśka.
- Gdzie jest Leo? - zapytaliśmy równocześnie.
- Jest w karetce. - oświadczyła Kownacka.
- W jakim jest stanie? - zadał pytanie Białach, a ja pobiegłam do karetki.
- W dobrym, jest wystraszony jedynie - odpowiedział Zapała.
- Nic mu nie zrobiła ta suka?
- Nie - odpowiedzieli w tym samym momencie, a sierżant dodała - leć do nich.

Gdy wpuścili mnie do wewnątrz karetki, przytuliłam Leosia. Nie mogłam pohamować łez szczęścia, mój synek też płakał, ale dlatego, bo był bardzo wystraszony. Dopiero po kilku minutach w moich objęciach, uspokoił się. Mikołaj pojawił się koło mnie kilka chwil później, wziął młodego na ręce i też przytulił go. Ucałowałam raz jeszcze Leo i powiedziałam mojemu partnerowi, że zaraz wracam, a następnie skierowałam się w stronę patrolu 06 i stojącej koło nich Beaty z założonymi kajdankami.
- Masz mi coś do powiedzenia!? - huknęłam na porywaczkę.
- Spadaj.
- Po co to zrobiłaś!? - krzyknęłam i szturchnęłam ją - Po co do cholery!?
- Po to żebyś cierpiała - uśmiechnęła się ironicznie, czym wyprowadziła mnie z równowagi.
- Ty szmato. - Wyzwałam ją i popchnęłam na radiowóz, który stał za nią, a po chwili popchnęłam po raz drugi.
- Ola, uspokój się. - rozkazała mi Monika łapiąc mnie za ramię. - Nie ma to sensu, a jeszcze sobie narobisz problemów. Krzysiek zabierz panią do drugiego auta, a Ty Ola jedź z Leo do szpitala, ok?
- Okej. - odpowiedziałam i sierżant sztabowa odprowadziła mnie do karetki.

___________

Na dziś to tyle. Jak się podoba? Cieszycie się, że odnaleźli Leo, a Beata została zatrzymana? Czy Leosiowi nie stała się rzadka krzywda? Czy Ola i Mikołaj poradzą sobie z tą traumą po porwaniu dziecka?

Wesołych świąt!
Jak tam prezenty? Co dostaliście? Trafili z prezentami, czy jednak nie bardzo?
Ja dostałam zestaw Rimmel Mascara + Eyeliner i klawiaturę do laptopa, bo w tej laptopowej kilka klawiszy mi nie działało i ciężko pisało się opowiadania ;) A wczoraj dostałam nową baterię do fona, bo stara skończyła swój żywot, a kilka dni temu dostałam myszkę do laptopa, bo strasznie wkurzał mnie touchpad od dawna.

Buziaki
Trzymajcie się! ;D

wtorek, 22 grudnia 2015

I. Seria 21. Rozdział

Rozdział 21. A co jeśli Beata nie działała sama?


Tymczasem na komendzie...

- Przecież nie rozpłynęła się do cholery! - stwierdził zaniepokojony Mikołaj
- Tak, wiem. Wszystkie jednostki we Wrocławiu i w całej Polsce ich szukają - uspokajał go dyżurny.
- A co jeśli ona mu coś zrobiła? Albo wywiozła za granicę? - zastanawiał się Białach.
- Nie miała prawie żadnych możliwości żeby przekroczyć granicę - oświadczył Jacek - Po kilkunastu minutach od zgłoszenia porwania, wszystkie służby zostały poinformowane policja, straż miejska, graniczna, celna, obsługa lotnisk, dworce busów i pociągów.
- Tak, tak wiem. A jeśli jednak ktoś ją przeoczył?
- Mikołaj, proszę cię. Uspokój się. - Powiedział Nowak, a w tym momencie do gabinetu wszedł komendant.
- Żadnych wieści nadal? - zapytał zmartwiony Wysocki.
- Niestety - równocześnie odpowiedzieli aspiranci.
- Mikołaj nie martw się. - powiedział komendant i poklepał go po plecach.
- Jasne. Dobra lecę do Oli.

Mikołaj udał się do samochodu, jadąc odebrał telefon od starszej córki.
- cześć Dominisiu.
- cześć Tato.
- co tam słychać?
- Wszystko okej. Mam pytanie.
- Jakie? - zapytał Mikołaj, zmieniając bieg na wyższy.
- czy możemy z Anią wpaść do Was w pierwszy dzień świąt?
- O cholera zapomnieliśmy o świętach.
- Jak to? - zmartwiła się
- Ah, bo Wy nie wiecie jeszcze.
- O czym?
- Wpadnijcie dziś to pogadamy, ok?
- Okej, będziemy tak za dwie godzinki, dobra?
- Dobrze. Kończę, bo prowadzę auto.
- Pa, do zobaczenia
- Pa pa, buziaki. - odpowiedział Mikołaj i rozłączył się.
Po kilku minutach Białach zaparkował na parkingu supermarketu i udał się do niego. Kupił w nim małą choinkę, paczkę bombek, światełka i resztę pierdółek. Przecież za dwa dni wigilia. Wrócił do samochodu i ruszył w dalszą drogę do mieszkania.

Tymczasem w domu...

Wysypałam sobie dwie na rękę, sięgnęłam po szklankę wody, żeby je popić. Po wykonanej czynności raz jeszcze sięgnęłam po buteleczkę, nasypałam na rękę jedną tabletkę, drugą, trzecią, dziesiątą i kilkanaście więcej... Spojrzałam na misia i uśmiechnęłam się blado... Zamknęłam oczy, przechyliłam głowę do tyłu i... usłyszałam dzwonek telefonu i pomyślałam " Nie, nie mogę tego zrobić tego Mikołajowi, Ojcu... A co jeśli go znajdą? Przecież wtedy nie będzie miał mamy. Wrzuciłam tabletki z powrotem do opakowania, zamknęłam i wrzuciłam do szuflady. Wstałam i ruszyłam do przedpokoju i ubrałam się. Złapałam za torebkę, telefon wrzuciłam do niej i wygrzebałam kluczę od mieszkania. Postanowiłam przejść się na cmentarz, gdzie leży mama. Przy głównej bramie kupiłam znicze i zapałki. Gdy doszłam na miejsce pochówki, ogarnęłam pomnik z liści i wypalonych zniczy. Ustawiłam nowo kupione, a stare wrzuciłam do siatki. Podpaliłam je. Następnie wyprostowałam się i zrobiłam znak krzyża, a następnie odmówiłam modlitwę. Po czym poprosiłam mamę, żeby pomogła nam odnaleźć Leo, całego i zdrowego. Najpierw prosiłam ją w myślach, ale zaczęłam płakać i nie zwróciłam uwagi na to, że zaczęłam wyrażać myśli na głos.

Od naszego bloku dzieliły już mnie tylko dwa skrzyżowania, gdy odebrałem niepokojący telefon od dyżurnego.
- Gdzie jesteś?
- W aucie jadę do domu.
- Wracaj na komendę, mamy nowy trop.
- Będę za 13 minut. - Oświadczył Białach i zawrócił na skrzyżowaniu.
Dojechał pod komendę w kilkanaście minut, wyskoczył z wozu i poleciał do Jacka.
co macie? - zapytał
- Udaj się do Krzyśka i Moniki. Są w pokoju prewencyjnym. 
- Ok. - odpowiedział Białach i poszedł do wskazanego pokoju.
- Hej, dobrze, że jesteś - przywitała się Kownacka.
- Słyszałem, że coś macie na temat Leosia.
- Tak, usiądź. - polecił Mi Zapała.
- Mówcie do cholery. - powiedział Mikołaj siadając.
- czy dobrze znacie tą opiekunkę? - zapytała sierżant sztabowy.
- Od dwóch, trzech miesięcy. A coś ma z tym wspólnego?
- Możliwe... - odrzekł starszy posterunkowy - chodzi o to, że dostaliśmy...
- Bilingi z telefonu Grudy - dokończyła dowódca patrolu 06.
- I co? Odkryliście coś?

Podeszła do mnie starsza kobieta, podała mi chusteczkę i położyła dłoń na mym ramieniu.
- Dziecko drogie nie płacz. Twój synek się odnajdzie niedługo.
- Skąd pani może to wiedzieć? - zadałam pytanie starszej kobiecie i odwróciłam głowę w jej stronę. Wyglądała na 70 lat, po ubraniu można było stwierdzić, że jest biedna, ale zadbana. Ma zielone oczy i siwe włosy spięte w kucyk.
- Widzę to i czuję. - przymrużyłam oczy z niedowierzania, a ona to widząc dodała - jestem wróżką.
- Nie wierzę - Wyszeptałam.
- Możesz mi uwierzyć. Do widzenia. - odpowiedziała, odwróciła się i poszła w swoją stronę.
Wróciłam do domu, ale Mikołaja jeszcze nie było, co mnie zdziwiło. Weszłam do kuchni po rozebraniu się z kurtki. Sięgnęłam do torebki po telefon i wybrałam jego numer.
- Hej, gdzie jesteś? - Zadałam pytanie, gdy odebrał.
- Hej kotek, jestem na komendzie.
- Jeszcze.
- Byłem w drodze powrotnej, kiedy zadzwonił Jacek i poprosił, abym wrócił do firmy.
- coś wiadomo nowego?
- Tak, później ci powiem. Niedługo powinny wpaść moje córki. One jeszcze o niczym Skarbie nie wiedzą.
- Nie powiedziałeś im?
- Zapomniałem, powiesz im sama czy poczekasz aż wrócę?
- Poczekam.
- Dobra, niedługo będę. Trzymaj się, kocham.
- Ja też, pa.

Po jakimś czasie wpadła Dominika z Anią. Zaparzyłam im po herbacie. Zadawałam im pytania na różne tematy pytanie m.in. o szkołę, żeby odwrócić ich uwagę od nieobecności ich braciszka przyrodniego. Nie chciałam im sama mówić o porwaniu Młodego.


________________________________________


To tyle na dzisiaj.
co ma wspólnego niania Leo z Grudą? Jak myślicie, czy ma coś z tym wspólnego, a może jednak to fałszywy trop? Jak córki Mikołaja zareagują na wieść o porwaniu Leosia? Przejmą się, a może to oleją? Jak Ola i Mikołaj spędzą święta? Zamartwiając się w domu, a może ktoś ich zaprosi, a może Leo odnajdzie się?

Buziaki <3

poniedziałek, 21 grudnia 2015

wtorek, 15 grudnia 2015

I. Seria 20. Rozdział

Rozdział 20. Nowy trop, szpital

Kilkanaście minut później... w Parku Grabiszyńskim

Podeszliśmy do policjantów na miejscu zbrodni, jeden z nich zaprowadził nas do lekarza, który oglądał ciało.
- Cześć, możemy go zobaczyć? - zapytał Mikołaj.
- Tak, jasne. - odchylił płachtę.
- Boże... - tylko tyle byłam w stanie wyszeptać, bo rozryczałam się jeszcze bardziej, po chwili dodałam szeptem - gdzie jest moje dziecko do cholery!?
- Ola, proszę cię, uspokój się... - powiedział aspirant tuląc mnie do siebie - ciii... znajdziemy naszego syna ciii... nie płacz...
- A jeśli on...?
- Nie myśl tak nawet, na pewno nic mu nie zrobią... kimkolwiek oni są... - objął mnie ramieniem - chodź, pojedziemy do domu.

 W mieszkaniu...

Po dotarciu do domu, ledwie się rozebrałam i rzuciłam się na łóżko, przycisnęłam twarz do poduszki i zaczęłam szlochać. Mikołaj usiadł koło mnie, na brzegu łóżka i zaczął mnie głaskać po głowie... Ale nie umiałam przestać płakać, nasze dziecko było w niebezpieczeństwie. Nie umiałam opisać tego bólu serca, tego strachu, tej pustki... Nie wiem ile tak leżałam i płakałam, ale ze zmęczenia zasnęłam.

(*Mikołaj*)
Patrzyłem bezradnie na łzy Oli, bez sensu było pocieszanie. Mi samemu cisnęły się łzy do oczu. Siedziałem przy niej dłuższą chwilę. Gdy zorientowałem się, że zasnęła złapałem za koc i delikatnie ją przykryłem, aby jej nie zbudzić. Po cichu wyszedłem z naszego pokoju i udałem się do kuchni po szklankę wody. Po sięgnięciu po szło i zapełnieniu go, oparłem się o blat. Spojrzałem na zegar, dochodziła północ, przesunąłem wzrok na zdjęcie Oli z Leosiem. Obydwoje byli uśmiechnięci. Bałem się cholernie, chciałem żeby to się skończyło, żeby ten koszmar się wreszcie zakończył... Dłuższą chwilę wpatrywałem się w zdjęcie, napłynęły mi łzy do oczu i rozpłakałem się na dobre, zapominając o trzymanej w dłoni szklance, którą opuściłem z hukiem na podłogę. Uklęknąłem opierając się o szafkę, nie miałem siły na to wszystko. Po prostu tylko płacz mi został.

(*Ola*)
Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła, spojrzałam na budzik, "środek nocy, a Mikołaj nie śpi?" - pomyślałam. Wstałam i poszłam sprawdzić co się stało. Weszłam do kuchni, Mikołaj siedział oparty o szafkę i płakał. Wokół niego było rozsypane, potłuczone szkło i rozlana woda. Miałam najgorsze przeczucia.
- Mikołaj, powiedz, że to nie prawda, Mikołaj - podeszłam do niego.
- Nie śpisz? - zapytał zdziwiony.
- Obudził mnie hałas. co z nim? On... nie żyje, tak? Tak!?
- Uspokój się Ola - odrzekł i poderwał się z podłogi i podszedł do mnie. - Nie mam żadnych nowych wieści.
- To dlaczego płakałeś? - zadałam pytanie, a w tym samym czasie otarłam łzy z jego policzków.
- Tak samo jak Ty się boję. - odrzekł i mnie przytulił. - wracaj spać, a ja posprzątam ten bałagan.
- Nie chcę spać! Nie mogę rozumiesz? Gdzie jest mój syn? - teraz rozpłakałam się ja.
Mikołaj mnie siłą zaprowadził do sypialni i wpakował do łóżka, a sam wrócił posprzątać.

Następny dzień...

Na komendzie byliśmy za dwadzieścia 10-ta. Nie było mowy o patrolu w naszym stanie, więc siedzieliśmy w biurze, patrzyłam nieprzytomnie w okno, Białach próbował skupić się na wypełnieniu zaległych raportów, ale nie szło mu w ogóle. Byliśmy w innym świecie obydwoje. Pół godziny później wpadł zasapany Jacek.
- Ola, Mikołaj. Lećcie szybko do Kamila z kryminalnych. - rozkazał nam dyżurny.
- Ale co się stało? - zapytaliśmy w tej samej chwili z partnerem, wstaliśmy i skierowaliśmy się do drzwi.
- Mają coś, co może pomóc w odnalezieniu dziecka - odrzekł, pokręcił głową - ale nie wiem co.
- Dobra, biegniemy - oświadczył aspirant.
Po chwili znaleźliśmy się w biurze kolegi z wydziału kryminalnego.
- Masz coś nowego? - zapytałam z nadzieją.
- Siadajcie.
- Mów. - rzekliśmy z Mikołajem.
- Nie wiem jak wam mam to powiedzieć.
- Najlepiej od początku. - odpowiedziałam. Ze strachu ścisnęło mi żołądek.
- No to.. hmm..ee. - widać, że Kamil za cholerę nie wiedział jak ma nam to przekazać - chodzi o to, że w areszcie siedzi Gruda. Nie? Ale to nie jest ona.
- co!? - krzyknęliśmy obydwoje zdziwieni i spojrzeliśmy po sobie
- Jak? nie rozumiem. Przecież to ona. - odezwałam się po kilku sekundach.
- Przyznała się. To jest jej bliźniaczka. Ma na imię Marta. Sama chciała rozmawiać. Mówiła, że boi się, że jeszcze komuś wyrządzi większą krzywdę. Podobno nie wie gdzie może być Beata.
- Sądzisz, że ona może mieć z tym coś wspólnego? - spytał Białach.
- Ona podobno ma żal do ciebie, Olu.
- Za co?
- Obwinia cię za to, że kiedyś nie odebrałaś telefonu jak była w ciąży, więc zażyła tabletki wczesnoporonne, poroniła i dostała krwotoku, na skutek którego nie może mieć dzieci.
- Ale... - nadmiar tak szokujących dla nas informacji był stanowczo dla mnie za duży i zemdlałam.
Obudziłam się w szpitalu, nie wiedziałam co się stało i dlaczego tu jestem. Dobrze, że Mikołaj był przy mnie, a po chwili zauważyłam zmartwionego ojca za szybą.
- co ja tu robię? - zapytałam szeptem.
- Zemdlałaś, pamiętasz?
- No coś mi świta.
- Zaraz powinien przyjść lekarz - Białach ledwo zdążył dokończyć zdanie, a doktor pojawił się w drzwiach.
- Widzę, że już się pani obudziła?
- Ta, przed chwilą.
- Jak Pani czuje?
- Bywało lepiej.
- Ma Pan już wyniki? - wtrącił się mój facet.
- Tak, tak. Właśnie z tym przychodzę - odpowiedział lekarz i poprawił sobie okulary.
- Pani Aleksandro, najprawdopodobniejszym powodem Pani zasłabnięcia było zmęczenie, strach, niedojedzenie. - Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Zostanie Pani na obserwacji do jutra? Dobrze?
- Yhym.
Lekarz wyszedł z mojej sali i po nim wszedł tata.
- Ale mnie wystraszyliście. Dobrze, że to nic poważnego. Mogłoby ci się coś stać gorszego... - spojrzał na mnie z wyrzutem ojciec.
- Nie dramatyzuj - uniosłam brwi i ziewnęłam - zmęczona jestem tym wszystkim.
- Śpij kochanie śpij - odrzekł Mikołajem.
- Odpoczywaj córeczko, a ja muszę już wracać na komendę. Pa.
- Pa, tato.
- Do widzenia. - pożegnał się aspirant z inspektorem.
Po chwili zasnęłam.

Następny dzień...

Przed wypisem odbyłam rozmowę ze szpitalnym psychologiem. Nie miałam ochoty, ale dla świętego spokoju postanowiłam się na nią zgodzić. Była dla mnie trudna, cholernie ciężka, ale ją przetrwałam. Mikołaj wpadł po mnie ok. 12, dostałam wypis i wróciliśmy do domu. Do pustego domu. Ale tym razem nie uniosłam się płaczem, byłam w miarę spokojna, po tabletkach uspokajających, które także zostały mi przepisane wraz z jakimiś witaminami. Usiedliśmy w kuchni, albo raczej tylko ja, bo Białach postanowił zaparzyć mi zieloną herbatę i przyrządzić obiad.
- Smakowało? - zapytał, jak skończyłam jeść.
- Tak, dzięki. - odpowiedziałam.
- Będę leciał, na godzinkę, a Ty odpocznij w tym czasie.
- Gdzie?
- Na komendę. - odpowiedział po chwili wahania. - Dowiem się czy odnaleźli Grudę.
- Jadę z Tobą.
- Nie ma mowy.
- A to dlaczego? - spytałam z wyrzutem.
- Musisz odpocząć.
- Ale...
- Nie ma żadnego Ale Olka. - przerwał mi po słowie, a ja spojrzałam się smutnym wzrokiem na niego.
Będę niedługo.
- I tak jestem zła.
- Trudno, przeżyję to jakoś - odrzekł i cmoknął mnie w policzek, ubrał się w przedpokoju i wyszedł.

Niechętnie wstałam z krzesła, pozbierałam naczynia i wrzuciłam je do zmywarki. Następnie poszłam do salonu i włączyłam telewizor. Przerzucałam kanały, ale nic nie znalazłam ciekawego, więc go po paru minut wyłączyłam. Udałam się do łazienki i wracając z niej zamiast wejść do salonu, weszłam do pokoju dziecka. Pozbierałam rozrzucone zabawki i kucnęłam na środku pokoju w ręku trzymając ulubionego misia Leo i się rozpłakałam, ból psychiczny był nie do zniesienia. Tabletki też przestały działać, więc postanowiłam iść do sypialni po kolejną. Pluszaka postawiłam na szafce nocnej i sięgnęłam do szuflady, gdzie Mikołaj schował leki. Sięgnęłam po buteleczkę z tabletkami i ją otwarłam. Wysypałam sobie dwie na rękę, sięgnęłam po szklankę wody, żeby je popić. Po wykonanej czynności raz jeszcze sięgnęłam po buteleczkę, nasypałam na rękę jedną tabletkę, drugą, trzecią, dziesiątą i kilkanaście więcej... Spojrzałam na misia i uśmiechnęłam się blado i...

poniedziałek, 7 grudnia 2015

I. Seria 19. Rozdział

Rozdział 19. Leoś Michał Białach. Groźby. Śmierć?




Dwa miesiące temu Mikołaj wprowadził się do mnie. Jesteśmy szczęśliwi i nie możemy doczekać się narodzin naszego synka. Wszystko jest już gotowe... Pokój przygotowany, wyprawka kupiona i spakowana. Jestem w 32 tygodniu ciąży. Jakiś czas temu odeszłam na urlop macierzyński.

Obudziłam się rano. Białacha już nie było. Wyszedł do pracy. Zerknęłam na godzinę, zegarek pokazuje 10:30. Przeciągnęłam i ziewnęłam ostatni raz i wstałam. Narzuciłam szlafrok i podeszłam do okna. Była typowa, jesienna pogoda. Pochmurno, deszczowo. Widok za oknem nie zachęcał do wyjścia z domu. Poszłam do łazienki się ogarnąć, a następnie zjadłam śniadanie. Przyszykowałam się i właśnie miałam wychodzić z domu, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam je, ale za nimi nikogo nie było, "Głupi żartowniś" - pomyślałam i miałam zamiar zamknąć drzwi, ale mój wzrok przykuła koperta na wycieraczce. Z trudnością go podniosłam i zamknąwszy drzwi udałam się do salonu. Obejrzałam kopertę, jedyny napis to "Olka". Postanowiłam ją otworzyć. Były w niej zdjęcia. Moje i Mikołaja z ukrycia. Był także list, więc zaczęłam go studiować

"Twój czas dobiega ku końcowi. Za błędy się płaci suko.
Jak cię dorwę, to nikt ci nie pomoże. Nawet twój facet.
Ani Twój stary. Nikt, rozumiesz!? Będziesz błagać mnie
o litość. Najpierw Twój bękart zginie, a później ty. Już
Nie mogę się doczekać naszego ponownego spotkania."

Rozpłakałam się ze strachu i zadzwoniłam do Mikołaja:
- Mikołaj... - ryczałam coraz bardziej.
- Ola, co się dzieje? Ola? - Wystraszył się, że coś mi się stało.
- Przyjedz, proszę...
- Będę za 15 minut. - Białach zakończył połączenie.

Po kilkunastu minutach zjawił się wraz z Mieszkiem. Dopiero po kilku kolejnych minutach uspokoiłam się na tyle, aby móc im opowiedzieć co się wydarzyło. Bardzo się zmartwił i wystraszył. Białach postanowił opowiedzieć wszystko dyżurnemu, Pawlak zrobiła notatkę, zabrali list i kopertę do techników i musieli jechać na komendę.

Wieczorem jak leżeliśmy już w łóżku, poczułam skurcze. Nie wiedziałam czy są to te właściwe, więc postanowiłam nie zasypiać na razie. Po godzinie byliśmy już pewni, że są regularne, więc ubraliśmy się, Mikołaj złapał za torbę i pojechaliśmy do szpitala. Od razu przyjęli mnie na badania, ale okazało się, że na razie rozwarcie jest małe i musimy czekać aż się powiększy. Mikołaj był przy porodzie.
Leo Michał Białach urodził się dnia następnego o godzinie 6:15. Dostał 10 punktów w skali Apgar. Jest taki śliczny, bardzo podobny do mnie, ale do Mikołaja bardziej. Byłam bardzo zmęczona, ale najszczęśliwsza na świecie. Gdy zabrali młodego na badania, ja postanowiłam się zdrzemnąć.
Po trzech dniach wyszliśmy ze szpitala. Przez pierwsze kilka dni mieliśmy ciągle gości, Tatę, Krzyśka i Emilkę, Jacek nawet wpadł, córki Mikołaja też chętnie nas odwiedziły. Wizyty gości wcale mi nie przeszkadzały, tęskniłam za nimi.


Pół roku później...


Leo skończył pół roku i postanowiliśmy z Mikołajem, że zatrudnimy nianię i wrócę do pracy. Tęskniłam za komendą, za patrolami z moim partnerem, za sprawami, więc z podekscytowaniem przygotowywałam się do powrotu.

Kilka dni później wróciłam do pracy. Przebraliśmy się, a w pokoju spotkaliśmy Krzyśka i Emilkę, przywitaliśmy się i udaliśmy na odprawę. Na odprawię doznałam szoku - Monika wróciła, ale byłam szczęśliwa, tak jak wszyscy. Jedynie Drawska była smutna, zamyślona. Widać było, że przejęła się powrotem Kownackiej, co oznaczało, że patrol 06 wrócił do dawnego składu. Po odprawie pocieszyłam ją i wyruszyliśmy na patrol. Służba była spokojna dzisiaj. Jeździliśmy po wyznaczonym rewirze. Ok. 15:00, po przerwie, dyżurny nas wywołał:
- 00 dla 05, zgłoście się.
- Piątka, zgłaszam - odpowiedziałam - coś masz dla nas?
- Jedzcie jak najszybciej do parku Grabiszyńskiego.
- Ale to nie nasz rewir, przecież.
- Tak, wiem, ale macie zgodę starego.
- A co tam się wydarzyło?
- Dowiecie się na miejscu. Jedzcie. Tam będą czekać Monika z Krzyśkiem.
- Bez odbioru. - odrzekłam i spojrzeliśmy się Mikołajem zdziwieni na siebie.
- Mam złe przeczucia. - powiedziałam, a Białach przyśpieszył.

20 minut później... Park Grabiszyński

Podjechaliśmy, wysiedliśmy z radiowozu, poszliśmy poszukać patrolu 06. Gdy do nich podeszliśmy, zamarliśmy... Z nimi stała niania naszego synka, ale Leosia nie było.
- Ja na prawdę nie wiem jak stało... - powiedziała Lidia, opiekunka młodego.
- Ale co? Gdzie Leo? - przerażona zapytałam.
- Wasz syn został porwany. - odrzekła Monika - komunikat już nadaliśmy do wszystkich patroli.
- Jak to się stało? - zadał pytanie Mikołaj i mnie przytulił, zaczęłam wyć jak bóbr.
- Bawiliśmy się w piaskownicy - rzekła wskazując miejsce zabawy - i... i nagle poczułam ból z tyłu głowy... i ciemno mi się przed oczami zrobiło. A jak odzyskałam przytomność to go już nie było. Zadzwoniłam od razu po policję. - kobieta także się rozpłakała.
- Boże, moje dziecko, przecież jeśli mu się coś stanie to sobie tego nigdy nie wybaczę - wyszeptałam.

Byliśmy tak roztrzęsieni z Mikołajem, że Monika postanowiła, że nas odwiezie na komendę, a Krzysiek pojedzie naszym radiowozem. Jak wróciliśmy do bazy, opadłam na fotel, twarz ukryłam w dłoniach i płakałam z bezsilności. Komendant jak tylko się dowiedział o tym, co się stało, wpadł do nas, zwolnił nas z patrolu, ale nie zamierzaliśmy wrócic do domu. Do końca dnia, czekając na jakiekolwiek wieści, siedzieliśmy w biurze. Byliśmy bezsilni. Marzyłam tylko o tym, żeby się okazało, że to tylko sen. Żeby ktoś za chwilę przyszedł i powiedział, że to głupi żart, a Leoś jest bezpieczny. Ale to była brutalna rzeczywistość.

Pod koniec dnia wpadł zdyszany Krzysiek:
- Musicie ze mną jechać - rzekł starszy posterunkowy.
- Znaleźliście go? Powiedz, że znaleźli go, błagam - powiedziałam zapłakana.
- Dostaliśmy informację, że ktoś znalazł dziecko na ogródkach działkowych.
- Leo? - zapytał Białach.
- Nie wiemy. Wiemy, tylko że to chłopiec i miał około pół roku.
- Nie żyje? - zadałam pytanie i się rozpłakałam. Przed oczyma miałam najgorszy scenariusz.
- Niestety, ale Ola nie wiemy czy to Wasze dziecko. Idziemy?
- Tak. - Poszliśmy do radiowozu.

Kilkanaście minut później... w Parku Grabiszyńskim

Podeszliśmy do policjantów na miejscu zbrodni, jeden z nich zaprowadził nas do lekarza, który oglądał ciało.
- Cześć, możemy go zobaczyć? - zapytał Mikołaj.
- Tak, jasne. - odchylił płachtę.
- Boże... - tylko tyle byłam w stanie wyszeptać, bo rozryczałam się jeszcze bardziej.





To tyle jak na razie. Jak myślicie, czy jest to ciało Leo? Kto porwał dziecko. Wracam do pisania, Cieszycie się?

Chciałam Was bardzo przeprosić za moją nieobecność, spowodowaną dłuższy czas brakiem weny, a ostatnimi czasy napotkała mnie śmierć. Dzień po narodzinach zmarł bratanek szwagierki. Wszyscy wciąż są w szoku. ciężko się po tym pozbierać. Pogrzeb noworodka jest najgorszą rzeczą w życiu. Ten świat jest cholernie nie sprawiedliwy :(.

Leonku, chociaż nie zdążyłam Cię poznać, nie potrafię się pogodzić z Twoją śmiercią, Śpij spokojnie, mam nadzieję, że w Niebie u aniołków jest Ci dobrze :( [*].